Inwestycje, to będzie gra o to, by przeżyć

Rozmowa z Markiem Woźniakiem, marszałkiem województwa wielkopolskiego

w233

W teorii wyrównywanie szans to zjawisko jak najbardziej pozytywne i pożądane. W praktyce - dla niektórych kłopotliwe. Mówi się, że trzeba dawać biedniejszym, by równali do góry. Co z tymi, którzy już tam są?

- Im zabiorą...

Czyli chyba nie do końca to proponowane przez Komisję Europejską rozwiązanie jest jednak pożądane. Nie przez wszystkich...

- To nie jest nowe rozwiązanie. Regiony najsłabsze, regiony konwergencji, to są te regiony, które są zlokalizowane głównie we wschodniej części Unii Europejskiej, ale okazuje się, że nie tylko, bo część regionów południowych Włoch, również hiszpańskie czy portugalskie, też znajdują się w tych niższych stanach PKB na głowę mieszkańca. Natomiast wprowadzono kategorię regionów przejściowych i to miało pozwolić tym, którzy już podnieśli swój poziom cywilizacyjny, jeszcze uzyskać jakieś pieniądze.
To już funkcjonowało w poprzedniej perspektywie unijnej, ale na innych warunkach, już mniej korzystnych. Teraz to jeszcze bardziej zaostrzono. Z jednej strony cieszy, że przyjęto generalną zasadę, że wszyscy jakieś pieniądze otrzymują, nawet ci najbogatsi, ale to są pieniądze już bardzo wysublimowane, jeśli chodzi o tematykę. Głównie są to środki na innowacyjność, bo Europa chce być konkurencyjna, więc jest gotowa dawać na to pieniądze. Nie będzie już natomiast środków na takie podstawowe kwestie, jak są u nas, czyli na infrastrukturę drogową czy kolejową. Natomiast rejony przejściowe, które przekroczyły 75 proc. średniej europejskiej PKB per capita, muszą się zadowolić trochę mniejszymi pieniędzmi, ale jeszcze uzyskują wsparcie, chociaż te warunki już są trudniejsze.
Jeśli weźmie się pod uwagę, że propozycją Komisji Europejskiej jest, żeby wkład własny do projektu to była wielkość 45 proc. wartości tego projektu, to powiem, że w regionach przejściowych - a mój region, Wielkopolska, najprawdopodobniej będzie takim regionem - nie wszystkie gminy, jako potencjalni beneficjenci, będą w stanie w tych projektach partycypować. Nie wszystkie gminy to gminy bogate. Oczywiście jest wiele takich gmin, które będzie na to stać, ale są takie, które wiedząc, że mają sfinalizować projekt w 45 procentach, mocno się zastanowią, policzą pieniądze i pewnie nie będą w stanie tego realizować. To jest potężny cios.

Jedyny?

- Nie jedyny. Drugi jest taki, że pieniędzy będzie znacznie mniej. Liczmy, że gdybyśmy pozostali regionem słabym, to ta kwota mogłaby być w okolicach 2,5 mld euro, a po przekroczeniu tej magicznej bariery możemy stracić ok. 1 mld euro, więc to jest kwestia „mieć, a nie mieć”, to jest bardzo poważna, trudna sytuacja.
Co prawda jest mechanizm rekompensaty, który może zastosować rząd, natomiast według dzisiejszych zasad jest on ograniczony do 15 proc. utraconej wartości, więc ta granica nie będzie w jakiś sposób weryfikowana, bo wiem, że Mazowsze, które jako pierwsze przekroczyło tę granicę, stało się regionem przejściowym, miało te wartości wyrównywane i ta strata nie była bardzo drastyczna.

Rozmowy się toczą, pozostaje mieć nadzieję, że konsekwencje nie będą bardzo dotkliwe.

- To jest generalnie cały czas w grze, podobnie jak kwestia przyjęcia danych statystycznych decydujących, kto znajdzie się w jakiej kategorii Zdaje się, że Hiszpania walczy, by to były nieco starsze dane statystyczne, bo boją się stracić w kilku regionach duże finansowanie. Z drugiej strony jest kwestia tych szczegółowych reguł - jak te pieniądze będą wyglądały w projektach, proporcjach, jak będą funkcjonować te wszystkie wartości graniczne typu 15 proc. rekompensaty i czy to zostanie utrzymane.
To są propozycje Komisji Europejskiej. Komisja przyjęła pewną metodologię, podzieliła regiony europejskie na kategorie i przypasowała do tego budżetu, który spodziewała się otrzymać na politykę spójności, ale teraz mówi się jeszcze o ograniczaniu tej wielkości, więc to może jeszcze wpłynąć na te reguły. Chyba że nastąpi jakaś refleksja, ale nie bardzo w to wierzę, żeby jednak ten europejski budżet wzmocnić.

Pytanie skąd wziąć na to pieniądze?

- Tu są dwie kwestie - na ile to ma być budżet ambitny, a na ile budżet kompromisu, tzn. według zasady, że nikt nie chce dać za wiele pieniędzy, będzie ich tyle, ile będzie - zwłaszcza po wyjściu Wielkiej Brytanii. Trzeba podzielić ten biedniejszy budżet na wszystkie potrzeby, które mamy, a tych potrzeb jest więcej niż poprzednio, bo doszła wspólna polityka obronna, doszła tematyka wzmocnienia granic Unii Europejskiej i zajęcia się emigrantami, których trzeba się spodziewać, a ci, którzy już napłynęli, wymagają określonej opieki i to jest też związane z pieniędzmi. Następnie jest kwestia bezpieczeństwa przed terroryzmem.
To są nowe tematy, które też wymagają finansowania i teraz pytanie, jak w sytuacji mniejszego budżetu zaopatrzyć te nowe tematy w pieniądze. No, kosztem czegoś, co było, ale w tej sytuacji będzie okrojone. My się boimy, że te nowe tematy będą realizowane kosztem polityki spójności. W efekcie tej generalnej puli będzie mniej, a jak tej puli będzie mniej, to tym samym mniej dostaniemy my - jako państwa członkowskie, jako regiony. Obecnie to jest największa obawa, bo co chwilę słyszy się o próbach jeszcze dalszego obcinania tego worka z polityką spójności, a wiadomo, że mimo iż ma wielu entuzjastów - zwłaszcza wśród samorządów i w Komitecie Regionów, niezależnie od opcji politycznej jesteśmy wszyscy zgodni, że to jest ogromna wartość rozwojowa, to są pieniądze inwestycyjne, których należy bronić - to jednak jest całkiem spore grono krytyków, tzw. przyjaciół dobrego wydatkowania i oni chcą te środki ograniczać.

Żeby nie dzielić się z biedniejszymi?

- Niektóre państwa, zwłaszcza te bogate, uważają, że po co mają swoje pieniądze przepuszczać przez unijną maszynkę, żeby dostać z tego jakieś drobne, jak mogą całość ustawić pod siebie i sami ustalać reguły, na podstawie których będą je wydatkować, więc dla nich to właściwie żaden interes. Kluczowe pytanie brzmi: gdzie jest polityka solidarności europejskiej, bo my nadal mimo wszystko jesteśmy opóźnieni rozwojowo i jeśli ta polityka solidarności jest aktualna, a wszyscy mówią, że jest, to oczekiwalibyśmy w kolejnych latach wspierania, wyrównywania tych różnic. Choć i tak pole interwencji jest nam ograniczane, bo to nie jest tak, jak było na początku, czyli „wydajcie na to, co jest wam najbardziej potrzebne”. Dzisiaj mówi się: są określone pola i my się z nimi zgadzamy, bo one oczywiście też są ważne: konkurencyjność, walka o dobry klimat czy walka z wykluczeniem społecznym. To są bardzo ważne tematy, natomiast nie jedyne, jeśli chodzi o takie kraje jak Polska. My cały czas nie mamy dróg - zarówno tranzytowych, jak i lokalnych, cały czas mamy problemy z taborem kolejowym, z rewitalizacją linii kolejowych, z gospodarką ściekową, gospodarką odpadami. To są takie podstawowe rzeczy, na które Unia najchętniej by nam pieniędzy nie dawała, natomiast my uważamy, że aby dogonić cywilizacyjnie tych nawet nie najlepszych, ale tych średnio rozwiniętych, my potrzebujemy tego wsparcia i tu jest ten zasadniczy problem.

Wielu samorządowców mówi: zakręcą nam kurek na projekty infrastrukturalne, w efekcie czego będziemy musieli ograniczyć wydatki na projekty miękkie - kulturę, sport, wsparcie organizacji pozarządowych.

- Mam wrażenie, że jest przeciwnie, że UE każe wydawać nam pieniądze na projekty miękkie, związane z walką z różnymi formami wykluczenia. To są środki z Europejskiego Funduszu Społecznego. Samorządowcy trochę krytykują ten kierunek, bo mają ciągle wiele potrzeb twardych, infrastrukturalnych. Oczywiście te miękkie też są potrzebne, ale jeśli zabiera się pieniądze na twarde inwestycje i mówi się „tutaj macie dużą pulę na projekty miękkie, realizujcie je”, to może budzić sprzeciw. W regionach takich jak mój problem bezrobocia w ciągu ostatnich kilkunastu lat został rozwiązany, bo to bezrobocie zawsze było najmniejsze, a obecnie miejscami sięga 1 proc., więc jest bezrobociem wynikającym z faktu, że część społeczeństwa nie chce mieć stałego zatrudnienia, pracuje albo dorywczo, za granicą, albo na czarno. To jest tak naprawdę znikomy procent i dalsze przekazywanie pieniędzy na programy przywracania do pracy dla tej grupy osób właściwie są nieskuteczne, bo jest grupa, która nie chce się angażować, nie chce - jeśli chodzi o kwalifikacje - kształcić się, poszukiwać pracy, swojego miejsca, ma inny pomysł na życie. Zatem cała ta pula pieniędzy związana z aktywizacją dla rynku pracy jest taką pulą trudną do wykorzystania.
Liczę na to, że EFS będzie mógł być wykorzystany na zajęcie się problemem integracji emigrantów, których jest coraz więcej, chociażby z Ukrainy. To grubo ponad milion osób, mówi się nawet o 2 milionach Ukraińców w Polsce, a to nie są jedyni imigranci i nie będą oni ostatnimi. Trzeba przygotować programy, które pozwolą im się integrować, edukować dzieci i znaleźć godne miejsce do życia w Polsce. To nie są tylko sezonowi pracownicy. To są pracownicy, którzy przyjechali tutaj szukać swojej przyszłości i trzeba im pomóc. Jeżeli na ten cel można będzie poświęcić środki z EFS, to świetnie. Natomiast generalnie te akcenty są trochę konfigurowane pod kątem perspektywy Brukseli, niekoniecznie z perspektywy naszej, choć Komisja Europejska ma dobre rozpoznanie, jeżeli chodzi o dane statystyczne, natomiast główny akcent jest nieco inaczej rozkładany, dlatego, że jest to efekt spojrzenia kompromisowego na wiele potrzeb w Europie i nasze nie mogą być jedynymi słusznymi - i trochę na tym cierpimy, bo ten czas, kiedy mogliśmy te pieniądze inwestować szeroko, był krótki. W tej chwili to pole do działania zdecydowanie się ogranicza i jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił, to już pewnie tego nie zrobi - chyba że z pieniędzy budżetu państwa, jeśli je dostanie.

No właśnie, skąd brać pieniądze, skoro z UE nie popłyną już tak szerokim jak dotychczas strumieniem?

- Teraz już tylko budżet państwa lub ewentualnie jakieś środki z kredytów, tylko że gminy są zadłużone i dopóki nie spłacą tego, co już mają po stronie kredytów, nie będą zaciągać następnych. Także tutaj to pole bardzo się ogranicza, bardzo się zawęża i może się zdarzyć, że plan inwestycyjny danego samorządu właściwie nie będzie możliwy do realizacji. To będzie gra o to, by przeżyć, spłacić kredyty i funkcjonować na bieżąco, a o inwestycjach będzie można pomyśleć za jakiś czas.

To oznacza ciężkie czasy dla samorządów i samorządowców.

- To będzie ogromne wyzwanie, bo raz - koszty funkcjonowania wielu instytucji, którymi samorządy się opiekują, rosną. Trzeba dopłacać chociażby do edukacji, tam, gdzie samorządy zajmują się szpitalami, trzeba będzie dopłacać - i to ogromne pieniądze. Właściwie do wszystkiego trzeba będzie dopłacać. Ze względu na te wysokie koszty, część tych pieniędzy, które można przeznaczyć na inwestycje, będzie wydatkowana na bieżące funkcjonowanie, a trzeba zaznaczyć, że inwestycje zdrożały. Wiele przetargów, które wydawało się, że będą w określonych, kosztorysowych cenach, okazało się niemożliwych do realizacji, były potrzebne zwyżki, dopłaty i to czasami bardzo drastyczne, i w gruncie rzeczy, jeśli ktoś miał listę inwestycji, to ta lista mu się skróciła, bo powiedzmy z 10 planowanych inwestycji, po rozstrzygnięciu przetargów okazało się, że można będzie zrealizować tylko 5, a pozostałe 5 odłożyć na jakiś późniejszy termin. A społeczeństwo tego nie rozumie - zwłaszcza że jest narracja rządu, że pieniędzy jest pełno i starczy ich na wszystko, i oczekiwania rosną.

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
(ski)